Efekt laminowania lub Encanto po...l-cysteinie!

Tak, tak tytuł mówi sam za siebie. Moja natura eksperymentalna oraz braku odpowiednich składników zawsze popycha mnie do tego typu testów na sobie.

Tym razem zainspirowana postem Kascysko oraz dodatkowo zachęcona zdjęciami Lallane postanowiłam zrobić własna wersję domowego pseudo Encanto.

W oryginalnym przepisie była keratyna, gliceryna, olej oraz woda. A ze nie posiadam w swojej jakże skromnej kolekcji półproduktów ( chyba aż 5 w tym 4 ekstrakty ) keratyny postanowiłam wykorzystać do tego celu l-cysteinę. Biorąc tylko pod uwagę że to też rodzaj proteiny z tym że nie mam pojęcia, bo nie mogłam znaleźć odpowiednich informacji, jaka wielkość cząsteczki ma owa l-cysteina w porównaniu z keratyną. Ale i tak postanowiłam spróbować.

Moje wcześniejsze podejścia z l-cysteiną były różne, ale raczej rozczarowujące. Robiłam sobie płukanki/mgiełki z l-cysteiną, ale bez d-panthenolu i aloesu, tylko l-cysteina i gliceryna. Płukanka ta śmierdziała strasznie, a do tego włosy po niej były napuszone no i śmierdziały przez kilka dni, mimo ze myję włosy codziennie. Następnie postanowiłam ja dać do maski Bingo Spa 5 alg z dodatkiem żelu aloesowego. Może ten żel to był błąd ale po pół godzinnym trzymaniu pod czepkiem, miałam we włosach jakieś gumowate coś. i musiałam je umyć szamponem Baby Dream bo woda nie chciała tego spłukać. Włosy po zabiegu śmierdziały nadal ale efektu nie było żadnego.

Nadzieją na dobre wykorzystanie l-cysteiny był wspomniany przepis na mgiełkę do włosów. Mój przepis wyglądał następująco:
  • 2 ml l-cysteiny (ponad 8 % )
  • około 5 ml oleju lnianego
  • około 0,8 ml gliceryny
  • 15 ml wody
Wszystko razem wymieszałam i spryskałam suche, nie umyte włosy. Po 10 minutach walki ze spryskiwaczem, wysuszyłam włosy suszarką. Po kolejnych 5 minutach umyłam włosy płynem Facelle. Sądziłam że włosy po takiej dawce oleju oraz protein, nie dadzą się domyć. A tu prawdopodobnie za pierwszym włosy się domyły, bo było sporo piany, ale ja nie mogłam w to uwierzyć więc nałożyłam szampon jeszcze raz. Następnie nałożyłam odrobinę odżywki Isana z olejkiem Babassu, ponieważ zawsze z tyłu głowy robi mi się sianko. Natomiast reszta włosów była gładka i śliska.
Na chwilę zawinęłam włosy w bawełnianą koszulkę a po ściągnięciu rozczesałam włosy drewnianym grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami oraz nałożyłam na włosy odrobinę odżywki Joanna Naturia z lnem i trochę żelu lnianego. Coś dużo tego lnu :)
Włosy łatwo się rozczesywało mimo małej ilości odżywki, za to naturalnie problem był z siankiem z tyłu głowy, ale po rozczesaniu, włosy były gładkie i proste. Wysuszyłam je naturalnie. 
Nie spodziewałam się żadnych efektów, bo nigdy ich nie uzyskałam. 
Mała refleksja. 
Nie wiem czy ktoś wie jak to jest gdy sprawdza się chyba wszystko co można a nasze włosy są dalej w takim samym stanie, ale ja dokładnie tak mam. Żaden olej nie dawał mi efektów, nakładałam je w różny sposób i zmywałam różnie, a maski nawilżające...mogłabym je trzymać całe dnie a i tak włosy są suche. Przesuszyłam je utlenianiem i wiem że są trwale zniszczone, więc może dlatego spokojnie prowadzę bogata pielęgnacje dalej. Bez szaleństw oczywiście, bo wiem że małym kosztem także można uzyskać zadowalające efekty.
Ale w wypadku tej mieszanki pojawił się prawdziwy, cud! Przełom w mojej pielęgnacji.
Już przy pierwszych 30 minutach zauważyłam że włosy dalej są na swoim miejscu, nie wykrzywiają się w nieporządne strony oraz nie puszą się. A dalej było już tylko lepiej. Włosy schły a były cały czas miękkie, lekkie, sypkie, baaardzo gładkie i w ogóle się nie spuszyły. Na prawdę wyglądały jak wyprostowane całkiem dobrą prostownicą. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ciągle dotykałam włosy i przeglądałam się w lustrze :P
Żeby nie być gołosłowną, zdjęcia:





Jak widać, moje włosy są mocno cieniowane, wiec te krótsze włosy chcąc nie chcąc i tak się lekko pofalowały, ale te z przodu oraz od spodu są idealnie proste. 
Tego dnia było bardzo wietrznie, a mimo to włosy pozostały cały czas na swoim miejscu, tzn nie spuszyły się oraz nie powykręcały. Oto dowody:





 Na zdjęciach wyglądają na dość potargane zwłaszcza te wycieniowane pasma, ale w rzeczywistości aż tak tego nie widać

W następnych dniach prowadziłam kolejne badania. Bo nie mam do końca pewności, co stworzyło taki efekt czy wszystko naraz, czy połączenie oleju lnianego z l-cysteiną czy to połączenie pod wpływem ciepła suszarki, czy może sama mieszanka oleju lnianego z wodą ( ew. gliceryna ) pod wpływem suszarki, istnieje jeszcze nikła możliwość że sama mieszanka oleju lnianego z wodą pozostawiona do wyschnięcia naturalnie.
Chce także sprawdzić jak ten efekt będzie wyglądał i wpływał na falowanie się włosów przez plopping.

Więc o tym napiszę post edytujący, bo może to potrwać nawet tydzień. 

7 komentarzy:

  1. Twoje wloski sa bardoz ladne, mam podobnej dlugi i kolor tez bardzo podobny :) W koncu musze wyprobowac zelatyne ciekawe czy na moje wlosy sie sprawdzi :)

    U mnie nowy wpis a w nim....w końcu moje zdjęcie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale muszą być mięciutkie:) L-cysteinę też lubie ale ostatnio zauważyłam ze juz nie działa na mnie jak kiedyś, ciekawe jaki jest tego powód. Ciesze się że moje zdjęcia Cię zachęciły do prób:*

    OdpowiedzUsuń
  3. bardzo ładne włoski :) gdybym nie farbowała je na czarno u siebie też miałabym taki odcien jak Twoje

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba tez wypróbuję patent z l-cysteiną

    OdpowiedzUsuń
  5. Obserwuję i zapraszam do siebie :)

    http://justemois.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje włosy nie lubia l-cysteiny, szkoda.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Biochemia kosmetyczna , Blogger